czwartek, 25 lipca 2013

Rozdział 6

Młoda kobieta obudziła się w swoim mieszkaniu w Londynie, przez ból w ręce.
Przeklęty znak, zaklęła w myślach i zaczęła się ubierać. To było straszne budzić się w środku nocy. Czy On w ogóle śpi? Mój pan. Nienawidziła się za tę myśl. Jednak nie mogła myśleć inaczej. Nie, kiedy On może to usłyszeć. Ubrała czarne szaty Śmierciożercy, maskę i teleportowała się.
Wylądowała przed villą. Kiedyś to była villa. Teraz to Czarny Dwór. Wzdrygnęła się. Przeklęte miejsce. To zawsze tu są tortury. Jakby to było coś zabawnego.
Przyłożyła Mroczny Znak do drzwi, a te się otworzyły. Weszła do środka. Znajdowało się tam kilkunastu Śmierciożerców. Wewnętrzny Krąg i kilka młodych. Standard.
Podeszła przed Czarnym Lordem i uchyliła głowę. Za żadne skarby nie będzie się przed nim kłaniać.
-Panie? Jestem.
-Mój Czarny Aniele! Cieszę się, że przyszłaś.
Kobieta weszła na swoje miejsce Bezimiennej. Za Lordem. Rozglądnęła się po sali. Wszyscy Śmierciożercy ustawili się w półkole, a na środku stał chłopak. Ech, nienawidziła torturowania dzieci. Jednak przyjrzała się mu dokładniej. Na twarzy miał zakrzepniętą krew cieknącą z boku głowy. Przeklęła. Poznała go. Harry Potter.
Co on tu robi?! Była wściekła. Oj, to mało powiedziane. Na chłopaka i Dumbledora. Przecież dyrektor miał za zadanie pilnować chłopaka! Owszem, najpierw była za tym, aby dać mu swobodę, ale była w mniejszości. Niestety. A jak się okazuje to i tak nic nie dało.
Jest tu.
Cholera, cholera, cholera! Wypuściła powietrze z ust, aby uspokoić myśli.
Przegapiła moment, w którym Czarny Pan wydał rozkaz, żeby zacząć. Jednak usłyszała jedno. Każdy miał 5 minut. Cholera. Za długo.
Do chłopaka podeszła Bellatrix. Zaczęła zwykłym Crucio. Trwał on dużej. Prawie minutę. Potem zaklęcie noży i strzałka. Skrzywiła się. Zaklęcie noży wytwarza liczne rany na ciele. Nie jest, aż takie złe. Ale strzałka była gorsza. Dużo gorsza. Stwarza iluzję noża tnącego ofiarę od wewnątrz. Jednak Harry nie krzyknął, ale na twarzy miał wyraźny ból. Widać było, że ledwo wytrzymuje, jednak w ogóle nie otworzył ust. Zdziwiła się. Przecież miał tylko szesnaście lat. Powinien już błagać o litość. Wbrew sobie poczuła szacunek do tego chłopaka.
Sytuacje powtórzyła się kilka razy. Kilka młodych zaatakowała go Cruciatusem. A on? Tylko się skrzywił niemiłosiernie. Z jego gardła wydobył się syk, ale nic więcej. Pan był niepocieszony. Uwielbiał patrzeć jak ofiary krzyczą z bólu i strachu. Sadysta. Mężczyzna wskazał Avery'ego. Tego psychopatę. Słyną on ze swojego skalpela. Na pewno go użyje. Nie myliła się. Podszedł do chłopaka i zaczął ciąć jego ramię. Równomiernie, przez całą długość. Prawie do kości. Bezimienna nie mogła na to patrzeć. Harry krzyknął. To był jeden urwany krzyk, ale wyrażający jego cały ból. Kiedy po pięciu minutach Avery odszedł, Potter zaczął drżeć niekontrolowanie. Miał dosłownie na całym ramieniu głębokie linie po nacięciu. A co gorsza nie przestawało ono krwawić. Chłopak upadł na podłogę z powodu braku jakichkolwiek sił. Miał silne dreszcze. Zauważyła, że Snape chciał podejść, ale go uprzedziła. Przynajmniej miała pewność, że Lord jej nie ukarze. Nie na darmo nazywał ją Aniołem Śmierci.
Uklękła przy nim i dotknęła czoła. Było rozpalone.
-Panie, jeśli nie zbijemy gorączki chłopak umrze w co najwięcej pół godziny. - oznajmiła podnosząc wzrok na niego, z uwagą. Nawet Czarny Pan wiedział, że musi się pilnować w jej obecności. I dobrze.
-Dobrze. Daje wam godzinę. Niech Severus ci pomoże.- rozkazał swoim naturalnie zimnym głosem.
Bezimienna odeszła, nie patrząc się za siebie, do pokoju w którym stało łóżko, i biurko z kociołkiem do eliksirów. Przyszedł Snape, niosąc Pottera na niewidzialnych noszach. Położył go na łóżku i popatrzył na Bezimienną.
-Zrób pocruciatusa.- poleciła.
Niechętnie zabrał się do roboty. Nie lubił kiedy mu się rozkazywało, ale jeśli nawet Czarny Pan słucha tej kobiety to nie warto się kłócić.
Dziewczyna położyła chłopakowi rękę na czole i zmierzyła jego stan. Miał gorączkę. Było źle. Naprawdę źle. Był nieprzytomny. Rzuciła zaklęcie uciszające.
-Enervate!- szepnęła. Chłopak otworzył oczy i patrzył na nią przerażonym i lekko zamglonym wzrokiem. Próbował zatuszować to, że się boi, ale niezbyt mu to wychodziło. Zresztą, każdy by się bał po skalpelu Avery'ego. Nie miała mu tego za złe.
-Harry? Nic ci nie zrobie.- zapewniła cicho. Była i tak zdumiona, że tak długo wytrzymał tortury. A to jeszcze nie koniec.
Odsunął się od niej na tyle ile mógł. Westchnęła. Nie miała czasu przekonywać chłopaka co do siebie. I nie zamierzała. Musiała tylko doprowadzić go do stanu używalności.
-Wypij.- poleciła podając mu fiolkę z eliksirem uwarzonego przez Snape'a.
Chłopak stanowczo pokręcił głową. Nie miała czasu. Wzięła go za głowę i wlała mu to na siłę. Potter krztusząc się, przełknął.
-Lepiej?- spytała kpiąco, ale zaraz skorciła się w myślach. Nie powinna być nieprzyjemna.
Harry pokiwał nieprzytomnie głową.

Z punktu widzenia Harrego:

Pokiwał nieprzytomnie głową, wciąż patrząc na postać kobiety siedzącej przy jego łóżku. Całe ciało go bolało. Kręciło mu się w głowie i ledwo kontaktował z rzeczywistością. Ciało paliło żywym ogniem. Ramie od cięcia Avery'ego płonęło. Przedtem co chwilę czuł jak odpływa, ale pobudzano go. Kiedy czuł, że już nie wytrzyma i zacznie krzyczeć głośno, pojawiła się ona. Powiedziała coś do Voldemorta, a później lewitował się do tego pokoju. Bał się jej. Miał tylko nadzieję, że tego po nim nie widać.
I jak miał się stąd wydostać? Dursley'ow pewnie zabili, co jest bardzo prawdopodobne. Jego też zabiją. Na sto procent. Nie było nadziei. Ale się nie podda. Co to, to nie!
Kobieta patrzyła na niego cały czas.
-Wiesz, on cię na razie nie zabije.- powiedziała pewnie. Popatrzył na nią zdziwiony.- Będzie chciał cię złamać. Będzie cię torturował do skutku.- Harry popatrzył na nią dziwnie. Kobieta ciągle miała na sobie maskę Śmierciożercy, dlatego wyglądała strasznie. Ale po sposobie poruszania i mówienia, wiedział, że to kobieta. Zdziwiły go trochę jego słowa. Chciała go zastraszyć? Robiła to złym sposobem.
Harry usiadł i oparł się plecami o ścianę. Dopiero teraz zauważył w pomieszczeniu Snape'a. Już dawno się domyślił, że jest szpiegiem Dumbledora. Ale czy nie powinien go uwolnić? A ten siedział na krześle i patrzył przez okno. Bez charakterystycznego sarkastycznego uśmieszku.
-Nie poddam się.- oznajmił nagle. Snape popatrzył na niego dziwnie. Z szacunkiem. Nie, pomyślał Czarny do siebie. Musiało mi się zdawać.
-Nie będziesz miał wyboru.- stwierdziła cicho Śmierciżerczyni.
-Czy ty właśnie odbierasz mi nadzieję?- spytał rozdrażniony.
Kobieta wstała, powiedziała coś do Snape’a, a przy drzwiach zatrzymała się i powiedziała tak cicho, że sądziła, że nie usłyszał.
-Mam nadzieję, że ci się uda.- myliła się. Usłyszał.

Znowu to samo. Ból, ból i ból. Nic innego nie czuł. Tylko to. Żyły id wewnątrz i całe ciało od zewnątrz płonęło żywym ogniem, Ledwo był w stanie myśleć. Avery znowu otworzył jego ramię. Kiedy kobieta wyszła, Snape posmarował mu jakoś maścią, że na chwilę się zrosła. Do teraz.
Ktoś inny wyszedł z kręgu. Malfoy. Przeszedł go zimny dreszcz.
-Wreszcie zemsta za te miesiące w Azkabanie.- uśmiechnął się zimno z ironią.
-Crucio!- wycelował w jego ramię. Jego rozcięte ramię. Harry wrzasnął. Nie mógł się powstrzymać. Otwarta rana jeszcze poprawiona Cruciatusem bolała okropnie. Było wręcz nie do wytrzymania. Krzyczał długo. Przynajmniej dla niego to było jak kilka dni. Malfoy przerwał zaklęcie, a Harry opadł bezwładnie na podłogę. Nie miał siły dosłownie na nic. Nie mógł, nawet nic powiedzieć. Słyszał głośne śmiechy wokół siebie. Poczuł, że zaczyna lewitować się w powietrzu, a za chwilę boleśnie wylądował na zimnej powierzchni. Otworzył oczy. Był w celi. Sam. Nie miał siły by powstrzymywać się dłużej. Wiedział, że umrze. Jak nie teraz, to potem. Zemdlał .

Bezimienna patrzyła jak brutalnie wynoszą Pottera. Był taki dzielny. Nie krzyczał. Oprócz tych dwóch razów, ale całkowicie go rozumiała. Cruciatus rzucony na otwartą ranę był nie do wytrzymania. Tylko jedna osoba byłaby zdolna do tego, aby go rzucić. I ta osoba co to zrobiła. Lucjusz Malfoy. Osobiście uważała, że coś mu się przestawiło w głowie po tym Azkabanie. Jej głos jednak nie miał żadnego znaczenia. Przynajmniej w tej sytuacji.
Popatrzyła na Severusa Snapa udającego się do wyjścia. Szybko podeszła do niego i zaciągnęła do najbliższej wolnej sali.
-Chcesz, żeby Potter przeżył?- spytała cicho, ale dobrze słyszalnie, nie patrząc na jego spojrzenie, mówiące, żeby się odwaliła.
-A co mnie to?- musiała przyznać, że dobrze grał swoją rolę.
-Rzuć mu ten świstoklik.- mówiła podając mu go, jakby nic nie powiedział.
-Żartujesz? Nie śpieszy mi się pod ziemię.- nie chciał nawet patrzeć na przyrząd do transportu.
-Może zacznijmy od tego, że wiem, że jesteś szpiegiem.- popatrzył na niego szczerze przerażony.
-Nie!- stanowczo zaprzeczył.- Nie wiesz o tym.
-Tego nie możesz być pewien.- wzruszyła ramionami.- Mam iść do Czarnego Pana...?
Popatrzył na nią żałośnie. Wiedział co robią ze zdrajcami. I to było dużo gorsze niż tortury Pottera.
-Więc zrobimy tak- zaczęła niby swobodnie- ja cię nie wydam, a ty pójdziesz do Pottera i dasz mu świstoklik. Nie interesuje mnie jak to zrobisz. Możesz się wydać, albo nie. Twój interes.- pokiwał głową.
Kobieta zaczęła wychodzić.
-Jak masz na imię?- spytał cicho. Wiedziała, po co mu to. Musiał złożyć raport Dumledorowi. Uśmiechnęła się z pobłażaniem, chociaż nie mógł tego widzieć przez maskę.
-Wy mówicie na mnie Bezimienna, a On Anioł Śmierci.- popatrzyła na niego, gdy jego twarz wykrzywiła się ze strachu.
Wyszła nie patrząc na niego. 
***
Rozdział miałam wstawić w sobotę, ale zaszła zmiana planów, przez co nie wiem kiedy będzie następny. Pewnie jakoś w pierwszym tygodniu sierpnia. I mam jedną prośbę. Komentujcie!

niedziela, 21 lipca 2013

Rozdział 5

Obudził się równo o 8. Rozejrzał się po pokoju. Ciężko mu było pożegnać z tym wszystkim co miał, przez te dwa lata. Ba! Nawet z pokojem. Z całego serca cieszył się, że zgodził się na szkolenie. Nie wyobrażał sobie, jakie byłoby życie bez Lisy, Mike'a i Joy'a. Byłoby po prostu za nudno.
Powoli pakował wszystkie swoje rzeczy do kufra. Wszystkie wspomnienia z nimi związane. Westchnął, gdy skończył. Usłyszał pukanie.
-Proszę!- zawołał, zdziwiony. Nie oczekiwał gości.
Pojawiła się Lisa.
-Przyszłam zobaczyć jak ci idzie.- oznajmiła kiwając głową w przód i w tył. Dla kogoś postronnego wydawałoby się to dziwne, ale nie dla niego. To była oznaka, tego, że jest smutna. Dziewczyna usiadła na łóżku, a Harry obok niej.
-Boję się o ciebie.- przyznała cicho.
-Dlaczego?- spytał, chociaż znał odpowiedź.
-O to co cię czeka w domu.- powiedziała patrząc na niego z troską.- Naprawdę musisz tam wracać? Mógłbyś przecież zamieszkać tutaj. Załatwiłabym wszystko u ojca...
-Nie.- przerwał stanowczo. Wiedział, że jakby Lisa przekonała ojca to na pewno by się zgodził. W końcu był Najwyższym, ale...- Nie mogę.
-Dlaczego?- jęknęła żałośnie.
-Dumbledore.- powiedział jakby to wszystko wyjaśniało. I wyjaśniało.
-Pieprzyć Dumbledora i jego zakazy.
Harry westchnął ciężko.
-Lissana- popatrzył jej głeboko w oczy. Zobaczył w nich troskę, której nie chciał widzieć. Zrobiła gniewną minę. Nienawidziła swojego prawdziwego imienia. Dlatego też teraz to powiedział.- Już to omawialiśmy. Wszystko będzie dobrze. Poradzę sobie.- zapewnił.
Położyła głowie na jego ramieniu i wtuliła się.
-Wiem- westchnęła.-po prostu tak się boję.

Harry nie przyznał, ale też się bał. Złe przeczucie od wczoraj go nie opuszczało. 
 

We czwórkę stali przed bramą zamku ze świstoklikiem uaktywniającym się za 4 minuty. Lisa znowu uściskała wszystkich, a chłopaki poklepali się przyjacielsko po plecach.
-No to za miesiąc.- pożegnał się Harry.
-Taa. Cześć.- zawołał Joy i złapał swojego świstoklika.-
Już go nie było.
Następny był Mike. Lisa z Czarnym zostali sami na polanie.
Dziewczyna przez cały poranek dzielnie powstrzymywała łzy, ale teraz nie wytrzymała. Przygniotła ją rozpacz i tęsknota.
-Przepraszam - szybko starła je z policzków.- nienawidzę, że tak szybko się rozklejam.
Harry starł te, które opuściła.
-Ja też będę tęsknił.- przyznał.- Nawet nie wiesz, jak bardzo.- przytulił ją. Ona położyła głowę na jego ramieniu.- Muszę iść.- złapał świstoklik.
Lissana przez kilka minut jeszcze stała tam i patrzyła w miejsce, gdzie zniknął jej przyjaciel. Kilka następnych łez poleciało jej po policzkach. Nie powiedziała tego Harremu, ale prześladywało ją złe przeczucie. Nie sądziła, że z tego wyniknie taka wielka sprawa.

Harry wylądował u siebie w pokoju. Rozglądnął się. Nic się nie zmieniło. To samo stare łóżko, to samo biurko. Z jedyną różnicą, że teraz na biurku leżały trzy koperty. Dwie z ministerstwa i jedna od Rona. Otworzył ostatnią.

Cześć, Harry.
Co u Ciebie? Mugole Cię zbyt nie męzą? Prawdopodobnie za kilka dni ktoś po ciebie przyjdzie i będziesz tam gdzie my. Czyli, sam-wiesz-gdzie.
Do zobaczenia
Twój najlepszy przyjaciel
Ron

Już nie, pomyślał Harry patrząc na podpis. To fajnie, ale pewnie już zorientowali się, że go nie ma. Ciekawe kiedy przyjdą zrobić mi aferę, że jestem nieodpowiedzialny.- skrzywił się. Otworzył następną kopertę. Wyniki sumów.

Szanowny panie Potter!
Mam zaszczyt poinformować Pana o Pańskich wynikach Standardowych Umiejętności Magicznych.

Historia Magii – O
Zaklęcia – P
Obrona Przed Czarną Magią – W+
Wróżbiarstwo – O
Transmutacja – W
Opieka Nad Magicznymi Stworzeniami – W
Eliksiry - W
Astronomia – P
Zielarstwo – P

Zdał Pan 7/9 przedmiotów. Proszę o wysłanie listy przedmiotów na, których chce Pan uczęszczać w 6 i 7 klasie, do 15 sierpnia.
Z poważaniem
Komisja Egzaminacyjna

Harry z niedowierzaniem patrzył się na literę W przy eliksirach. Ciekawe co się stało, że zdał. Ale co tam. Będę aurorem!- ucieszył się jak głupi.
Odpisał na list, wysyłając przedmioty potrzebne do wymarzonego zawodu.
W drugim liście była informacja ministerstwa o tym, że przepraszają, za swoje zachowanie i pozwalają mu używać magii, teleportacji i wytwarzać świstokliki. Pewnie nie wiedzą, że on to umie. Ich strata.
Jeszcze raz zastanowił się nad ucieczką. Wszystkie argumenty, które powiedział Lisie były prawdą, ale... no właśnie. Zawsze jest jakieś „ale”. Nie chciał, żeby Dumbledore jeszcze bardziej się denerwował. Nie żeby mu na tym zależało, ale jego zdenerwowanie równało się więcej przeszkód dla niego. Nie opłacało się.
Usłyszał kroki do jego pokoju. Zamarł. Strach cisnęło mu żołądek. Wuj otworzył drzwi do jego pokoju.
-Gdzieś ty był, gówniarzu?!- wykrzyknął Dursley.
-Nie mogę ci powiedzieć, wuju.- wyznał cicho. Mężczyzna wziął zamach i uderzył chłopaka.

Harry'ego obudził ból w żebrach. Ledwo mógł się ruszać. Wszystko go bolało. Dosłownie. Już dawno wuj go, tak nie załatwił. Odzwyczaił się. Liska by go chyba zabiła, jakby coś takiego jej powiedział. Uśmiechnął się. Cieszył się, że ma kogoś komu na nim zależy.
Czuł się okropnie. I fizycznie, i psychicznie. Potrzebował kogoś kto by mu pomógł. Ale nikogo takiego nie ma. Przynajmniej nie teraz i nie tu Lisa na pewno zgodziłaby się z nim porozmawiać. Jest tylko jeden problem. Nie mógł wychodzić z domu, ani nikt nie mógł wchodzić. Straż. Prychnął w myśli.
Zaczął powoli dochodzić do siebie, gdy usłyszał kroki na dole. Kroki, hałasy i krzyk. Krzyk jego ciotki. Cały złych przeczuć zerwał się z łóżka. Na szczęście był ubrany. Wziął różdżkę i zszedł na dół. Powoli schodził ze schodów, gdy zobaczył mężczyznę, którego na pewno się tu nie spodziewał. Lucjusz Malfoy. Przecież powinien być w Azkabanie, wściekł się. Ale zaraz pohamował. Jak on tu jest to inni też. Przyszli po niego. I gdzie ta przeklęta ochrona?!
Malfoy go zauważył.
-Drętwo...- zaczął, ale Harry go uprzedził.
-Expelliarmus!
Szybko ocenił sytuację. Nie miał szans. 12 Śmierciożerców w tym Malfoy rozbrojony. Po mnie, zdążył pomyśleć, zanim jakiś mężczyzna cisnął w niego zaklęciem, które odbił. Walka się rozgrzała. Bardzo pomogły mu nauki, których nauczył się u Feniksów. Załatwił 2 przeciwników. wiedział, że to nic nie da, bo nie ma szans z taką przewagą. Przekonał się o tym, gdy rozbroił kolejnego, a ktoś wbił mu różdżkę w plecy.
-Nauczyłeś się walczyć, Potter?- spytała kpiąco znienawidzona przez niego osoba. Bellatrix.- Ale nie aż tak 
dobrze.- roześmiała się szyderczo.
Poczuł silne uderzenie w głowę. Potem była już tylko ciemność.
***
Rozdział 6 pojawi się 27 lipca

sobota, 13 lipca 2013

Rozdział 4


-Jutro czeka was inicjacja.- poinformował Brain trójkę chłopaków siedzących z ich pokoju wspólnym, z Lisą.
-To już minęły te 2 lata? Za szybko.- stwierdził Jock.
-Taak. Szkoda.
-Na czym będzie polegać?- spytał ciekawy Harry.
-Nie powiem. - uśmiechnął się złośliwie, kiedy popatrzyli na ich przyjaciółkę-Lisa też nie powie. Nie musicie jej prosić.
-Może jednak...?
-Nie, to wbrew zasadom.
Z takimi wyjaśnieniami ich zostawił. Po godzinie narzekania i proszenia, Lisa podeszła do Harrego.
-Czarny?- przezwiska tak się przyjęły, że używali ich nawet między sobą.- Możesz...?- głową wskazała na drzwi.
-Jasne.- wyszli z pokoju wspólnego. Usiedli na łóżu w jego kwaterach.- Co tam?
-No bo jest sprawa.- zaczęła niepewnie.- Nie wiem czy ci się spodoba czy nie, ale ojciec mi kazał...
-Co ci kazał?- powtórzył, gdy się zatrzymała.
Wzięła głęboki oddech.
-Jadę z wami do Hogwartu.- wyrzuciła z siebie.
Na twarzy Harrego pojawił się wielki uśmiech.
-Cieszysz się?
-Ekstra! Będziemy w czwórkę robić kawały Filch'owi...- nakręcił się jak szalony. Wymyślił jeszcze kilka plusów i wrócili do salonu.
-Co jest?- zapytał Mike widząc ich radosne miny.
-Jadę z wami do Hogwartu.- wyszczerzyli się, zaraz dodała.- Po to, by was pilnować.

Stali przed Wielką Salą, w której miała się odbyć inicjacja. Byli podenerwowani. Przez cały dzień od nikogo nie udało im się wydobyć informacji. Szli na żywca.
-Mike River!- dobiegł głos z sali.
Uścisnęli sobie żółwiki.
-Powodzenia, stary.- powiedział cicho Harry.
Jock kiwnął głową, nie dając po sobie poznać, że się przejmuje. Ale Czarny domyślił się. Sam nie czuł się inaczej.
Czekali we dwóch. Nie słyszeli nic, co nie było nowością. Pewnie narzucili zaklęcie uciszające. I czekali. Po kilkunastu minutach wywołali Joy'a. Pożegnali się w taki sam sposób.
Czekał sam. Nie sądził, że może się tak denerwować. Przecież to nic takiego. A przynajmniej tak sobie wmawiał.
-Harry Potter!
Poszedł przed siebie. Otworzył drzwi.
Sala była taka jak zawsze. Jedynie udekorowana była inaczej. Z jasnych kolorów, zmieniła się w kolory Feniksów. Czyli, czerń i błękit. W sali nie było dużo osób. Kilka członków siedzących na ławkach, Najwyższy i Lisa, która była uważana jako członkini. Nie było z to widać Jock'a i Serwala co go trochę zmartwiło, ale widok przyjaciółki znacznie dodał mu otuchy. Podszedł do Najwyższego, który stał pośrodku sali. Koło niego znajdowała się czerwona księga. Mężczyzna popatrzył na Harrego twardo i powiedział:
-Czy ty, Harry Jamesie Potterze przysięgasz lojalnie należeć do naszej grupy Niebieskich Feniksów i strzec naszych sekretów?
-Przysięgam.- odparł stanowczo.
-Czy przysięgasz nigdy nie przejść na stronę zła?
-Przysięgam.
-Dotknij księgi, aby sprawdziła twoją wiarę.- powiedział ciszej.
Harry tak zrobił. Jego dłonie przeszło przyjemne ciepło. Rozeszło się przez całe ciało. Powoli stawało się bardziej gorące. Doszedł do wniosku, że to staje się mniej przyjemne. Ciepło niemal parzyło i najwidoczniej nie miało przestać. Rozgrzewało się coraz gorzej. Parzyło i bolało. Oj, bolało. Jakby ktoś przypiekał go ogniem od wewnątrz. Chciał krzyknąć. Drzeć się w niebogłosy. Ale nie powinien i zdawał sobie z tego sprawę. Ból był tak wielki, że powalił go na kolana. Nie wydobył z siebie jednak, ani jednego głosu. Pociemniało mu przed oczami, ale odgonił od siebie ciemność... i przestało boleć. Jednak dalej nie umiał się ruszyć. Próbował, ale nie szło. Ktoś przy nim uklęknął i podniósł na nogi. Wyczuł znajomy zapach. Lisa. Wyszli razem z pomieszczenia i weszli do jakiejś klasy. Dziewczyna usadziła go na podłodze i usiadła obok niego.
-Nic mi nie jest...- próbował zaprotestować słabym głosem, ale go nie słuchała. Delikatnie pchnęła go, żeby się położył. Był jej wdzięczny za to, że go nie posłuchała. Leżał na zimnej posadzce, czekając, aż resztki bólu minął. Poczuł jak Liska czule głaska go po włosach.
-Jak to zrobiłeś?- zapytała bardzo ciekawa.
-Co?
-Nie zemdlałeś. Normalnie to wszyscy tracą przytomność. Przecież... to taki ból...- niemal zauważył jak kręci głową niezdolna do powiedzenia niczego.
-Siła woli.- parsknęła śmiechem na to stwierdzenie. - Gdzie Jock i Serwal?
-W Punkcie Medycznym. Mówiłam ci. Wszyscy tracą przytomność. Wszyscy normalni.- poprawiła się ze śmiechem.
-A tak w ogóle to czego tak się dzieje?
-To przez znak.- wyjaśniła, ale on nadal patrzył na nią pytająco.- Tu.- Wskazała na jego prawe ramie.
Usiadł i podwinął rękaw. Na ręce widniał czarny Feniks z ciemno niebieskim obramowaniem. Pod nim napis "Wiara jest siłą".
-Co masz napisane?- spytała Lisa. Przeczytał jej swój napis.- Całkiem, całkiem. Ja mam ,,Miłość jest potęgą”. Skomplikowane. Podobno każdy dostaje taki jaki najbardziej do niego pasuje.- skomentowała.
Siedzieli w ciszy. Czarnemu już przeszło. Czuł się dziwnie oczyszczony. Jakby wszystkie grzechy zostały mu wybaczone. Zostawił to dla siebie.
-Jutro jedziecie do domów.- oznajmiła Lisa smutno.- Będzie mi ciebie brakowało.
-Mi też.- przyznał szczerze. Przywiązał się do tej dziewczyny.- Ale zobaczymy się w szkole.- dodał ze słabym uśmiechem.
-Taa. Drobne pocieszenie.- umilkła na moment.- Będziesz do mnie pisał?
-Obiecuję.- położył rękę na sercu.- Co trzy dni.
Dziewczyna położyła mu ostrożnie głowę na piersi. Harry objął ją ramieniem.
Siedzieli tak i rozmyślali. Czarny musiał przyznać, że naprawdę będzie mu jej brakowało. Tak jak Jock'a i Serwal'a. U Dursleyów będzie się męczył. A potem w Kwaterze, jak w ogóle go stamtąd wezmą, pewnie będzie musiał udawać, że wszystko w porządku. Jedynie jest roztrząsany po śmierci Syriusza. A tak nie było. To znaczy, już nie. Z początku był. Nie mógł przestać się obwiniać. Ale Lisa wraz z chłopakami skutecznie usunęli mu z głowy takie myśli. Nie wiedział też co powiedzieć Dumbledorowi. Prawdę o szkoleniu mógł powiedzieć tylko rodzinie lub zaufanej osobie. Rodziny nie miał, zaufanej osoby też. Po przemyśleniach na temat Rona i Hermiony, stwierdził, że nie będzie im ufać, tak jak kiedyś. Ale dalej uważał ich za przyjaciół. Zapewne to oni nie będą chcieli się z nim przyjaźnić jak zobaczą, że tak się zmienił zaledwie przez 8 dni. Nie mógł im powiedzieć prawdy, a oni prawdopodobnie będą tego wymagali...
-O czym myślisz?- spytała Lisa cicho.
-O powrocie do Dursleyów.- nigdy świadomie nie nazywał tego miejsca domem.
-Nie chce żebyś tam jechał.- jęknęła. Wciąż pamiętała jak Czarny wyglądał, kiedy po niego przyszła dwa lata temu. Jej pierwszej powiedział prawdę o tym, że wuj go bije. Dopiero potem zwierzył się chłopakom. Nie wyobrażała sobie, jak można tak postępować. I bała się tam wysłać Harrego. Ale on na to nie patrzył w ten sposób.
-Wiesz, że muszę. Dumbledore i tak będzie chciał wiedzieć gdzie byłem przez ten czas. Nie wiem co mu powiedzieć.
-Powiedz, że mu nie ufasz, tylko w innych słowach oczywiście. Niech nie interesuje to co nie powinno. A twoje życie nie powinno.- powiedziała dobitnie.
Przesiedzieli jeszcze kilka minut, a następnie poszli do pokoju wspólnego, gdzie czekali na nich już Mike i Joy.
-Jak to się stało, że wytrzymałeś?!- naskoczyli na Harrego.
-Po prostu.-odpowiedział wzruszając ramionami.
Najchętniej gnębili by go jeszcze długo, ale dziewczyna im przerwała.
-Słuchajcie, jutro o dziewiątej rano jest wasz wyjazd.
Patrzyli na nią smutnymi minami.
-Ja też nie jestem zadowolona.- przyznała.- No kurde! Będzie mi was brakowało!- łzy pojawiły się w jej oczach. Nie pozwoliła, żeby spłynęły. Chłopaki patrzyli na siebie grobowo. Nie mogła tego znieść. Podbiegła do Jock'a i rzuciła mu się w ramiona. Przytrzymał ją odruchowo. Pokochała go i Serwal'a podobnie jak Czarnego, chociaż jego nieporównywalnie bardziej. We czwórkę byli najlepszymi przyjaciółmi.
Oderwała się od Mike i przytuliła Joy'a. W końcu podeszła też do Czarnego i rzuciła mu ręce na szyję. Chłopak pogłaskał ją po włosach.
-Będziemy pisać do siebie?- spytała smutno siedząc już na kanapie.
-Obowiązkowo!- wykrzyknął entuzjastycznie Mike.
-Wytrzymamy.- powiedział Joy.- To tylko miesiąc.
-Jak tak mówisz to czuję się jeszcze gorzej.-przyznał Czarny cicho z słabym uśmiechem. Tak naprawdę to jego też zbytnio nie cieszył powrót do Dursleów. Nie przyznałby się przed nikim, ale bał się tam wracać. Miał dziwne uczucie, że coś się stanie. Bał się też tego jak wuj zaraaguje, na to, że tak długo go nie było. Oczywiście teraz, ze swoimi umiejętnościami bez problemu by sobie z nim poradził, ale nie mógł używać magii. I tak ma kłopoty z ministerstwem. A do tego wszystkiego jeszcze Zakon go obserwuje. Po prostu wyśmienicie. Cudowne życie Złotego Chłopca.
-Stary, w porządku? Wiesz, że zawsze możesz do nas wpaść.-powiedział Mike z powagą w oczach. Domyślili się o czym myśli. Zresztą, każdy z nich myślał o powrocie.
-Jasne.- uśmiechnął się.
Cieszył się, że ma przyjaciół na których może liczyć w każdej chwili.
***
Następny rozdział prawdopodobnie pojawi się 21 lipca.

sobota, 6 lipca 2013

Rozdział 3

Obudził się z poczuciem, że za długo spał. Leniwie obrócił się na drugi bok. Spojrzał na zegarek i zamarł. Była 7.20. Od 20 minut trwały ćwiczenia.
Zerwał się z łóżka jak szalony. Ubrał się i popędził na błonia przeklinając przyjaciół, za to, że go nie obudzili.
-O! A któż to raczył się pojawić?- przywitał go ironią Nahuel.
-Przepraszam.- wymamrotał Harry.- Zaspałem.
-Dziesięć kółeczek!- rozkazał- Ruchy!
Harry pobiegł. Musiał przyznać, że ma dobrą kondycję. Bez trudu dogonił chłopaków.
-O wy chamy jedne! Dlaczego mnie nie obudziliście?!- wykrzyknął oburzony w ich stronę.
-Tak słodko spałeś, że nie...- odpowiedział Mike chichocząc. Nie zdążył dokończyć zdania, bo leżał w kałuży błota wyczarowanego przez Harrego.
Joy wybuchnął śmiechem.
-Aaa..! .- i poleciał w stronę Mike, popchnięty przez Pottera.
Harry popatrzył na to z uwielbieniem.
-Zemsta jest słodka. - wyszeptał złowieszczo utrzymując powagę.
-A idź mi ty z tą zemstą...-mruknął Joy wstając. Harry pobiegł dalej.
-Co to za obijanie się?!- dobiegł go głos trenera- Dwa kółka za karę! Jazda!
-Ale...- spróbował Mike
-Jazda!- wykrzyknął.
Pobiegli, a Harry śmiał się z nich głośno.

Na śniadaniu nie zauważył Lisy. Nie mógł do niej iść po, bo miał zajęcia z Brainem, ale jak nie było jej na obiedzie to nie odpuścił. Zapukał do jej pokoju. Usłyszał ciche zaproszenie.
Siedziała na łóżku po turecku. Przechylała się w przód i w tył najwyraźniej z trudem opanowując szloch. Harry westchną. Wiedział, że Lisa jeszcze nie pogodziła się ze śmiercią kuzynki, jednak miał nadzieję, że będzie lepiej. Przeliczył się.
Usiadł na jej łóżku.
-Czemu nie było cię na obiedzie?- zapytał cicho.
-Nie byłam głodna.- odparła głucho. Łzy pociekły jej po twarzy. Nawet ich nie starła. Harry to zrobił.
-Nie możesz cały czas o tym myśleć.- od razu domyślił się o co chodzi.
-Nie umiem przestać. Gdybym tam była...
-To prawdopodobnie zginęła byś razem z nią.- odpadł bezlitośnie patrząc na jej twarz lśniącą od łez.- Nie możesz się obwiniać. To samo radziłaś mi w związku z Syriuszem, pamiętasz?- kiwnęła głową- Zrób to samo. Posłuchaj mnie.
-Ale to tak boli.- jęknęła.
-Wiem.- przytulił ją i pocałował w czoło. Siedzieli tak przez chwilę, aż wreszcie Harry rzekł:
-Chodź, oporządź się jakoś i idziemy na obiad.
-Nie jestem głodna- jęknęła dziewczyna.
-Nic mnie to nie obchodzi.- uśmiechną się figlarnie.- Idziemy.
Wstała i poszła do łazienki.
Wyszła kilka minut później. Nie miała już podkrążonych, ani czerwonych oczu. Gdyby tylko nie ból widoczny w jej oczach, można byłoby powiedzieć, że wszystko jest w porządku.
Wyszli z kwater i podeszli do drzwi w Wielkiej Sali.
Harry pociągną ją za sobą, kiedy się zatrzymała. Usiedli obok Joy'a i Mike'a.
-Nasza księżniczka przyszła!- wykrzyknął Mike szczerząc się.
Lisa usiadła niepewnie przy stole, a Harry za nią.
-Słuchaj, Harry wymyślamy właśnie jaki kawał zrobić Brainowi.- powiedział Joy.
-I co? Jakiś pomysły?- zaangażował się Harry.
-Taa. Moglibyśmy zamienić jego łóżko w czekoladę. Tak, aby on widział je zwyczajnie.
-Trochę za banalne- sprzeciwił się Mike.
-Możemy też obudzić go sposobem Potterka.
-Niee. To działa tylko na was, ale myślę, że najlepiej będzie jak hmm, pomyślmy...
-Wiem!- wykrzyknął Mike pełen entuzjazmu.- podmienimy mu szampon. Na fiolet z różowo-żółtymi pasemkami.
Zaczęli rechotać.
-Będzie dobre. - zaczęli obmyślać plan, z minami nie wróżącymi nic dobrego.

Następnego dnia z napięciem czekali na nauczyciela Harrego. Zjawił się po 15 minutach. Szedł stanowczym krokiem z twarzą pełną tłumionego gniewu. Nie zważał na chichoty i śmiechy krążące wokół. Jego fioletowe włosy były ustawione jak irokez. Tylko żółte pasemka ostawały od fryzury. Wszystko byłoby dobrze, ale Brain był znany z surowości i stanowczości, a tu takie coś.
Chłopaki zaczęli się śmieć głośno. Harry ocierał łzy, gdy zawołał do Braina.
-Hej, Brain! Kiedy zamierzałeś nam powiedzieć, że wolisz luźniejszy styl?!
Nauczyciel zmierzył go wściekłym spojrzeniem. Nagle go olśniło.
-Ty...-zaczął gniewnie podchodząc w jego stronę.- Ty to zrobiłeś.
-Ja? No co ty?!- udał oburzenie.
-Próbowałem chyba wszystkiego! Odwróć to! Już!- zawołał.
-To nie ja!- wykrzyknął Harry.- To Mike!
Brain odwrócił się w jego stronę.
-Odwróć to.- rozkazał.
-Ale to Joy!
Brain popatrzył na nich z dezaprobatą.
-Jesteście...- nie dokończył kręcąc głową.- Odwróćcie to!- ryknął
Harry wyjął komórkę i korzystając z chwilowego zainteresowania Braina zrobił mu zdjęcie.
-Co do...?
Harry odwrócił zaklęcie.
-Och....tylko nie myślcie, że wam to podaruję.- ostrzegł ich i poszedł zrobić sobie śniadanie.
Nie domyślił się, że jego podopieczni mają z tego przedstawienia pamiątkę.

Mijały kolejne miesiące. Lisa powoli uporała się ze śmiercią Moniki, głównie z pomocą Harrego. Był przy niej praktycznie cały czas. Tylko kiedy mógł. Chłopaki zostali poinformowani o całej sytuacji w dość dziwny sposób, ale przestali robić głupie aluzje co do tego. Wydawało się, że zrozumieli. Nie przestali też w trójkę robić kawałów Brainowi. Lisa także czasami się dołączyła. Twierdzili, że to najlepsza zabawa. Tak powstały ich przezwiska. Wynikła z tego całkiem niezła historia...

Właśnie przefarbowali cały pokój Braina na róż i czekali na jego reakcję. Nie czekali długo. Wybiegł im naprzeciw i spojrzał wściekle.
-To znowu wy! - wykrzyknął i załamał się teatralnie- Co mam zrobić żebyście przestali?!
-Hmm... na początek może załatw nam...- nie dokończył.
-Jasne- prychnął Brain przerywając- od razu wszystko.
-Właśnie!- zgodził się uradowany Mike.
-Jakiś ty dowcipny dzisiaj jesteś, Jockuś.- uśmiechnął się ironicznie.
-Hę?- nie zajarzył.
-Jockuś. Jak dowcip.- wyjaśnił jak do głupka.
-Nie.- nie zgodził się stanowczo. Po chwili dodał.- Ale może być Jock, pod warunkiem, że Harry to Czarny.
-Czarny? A dlaczego tak?- obruszył się omawiany.
-Masz zmienne humorki, a na dodatek najgorsze pomysły- wyjaśnił Mike.
-Może być.- zgodził się po zastanowieniu.
-A więc został Joy. Hmm, może ...klops!
-Klops?- skrzywił się.
-Nie.- zaśmiał się Harry.- Chodziło o to, że nie wiem.
-A co wy na Serwal'a?- zasugerował Brain patrząc na nich z rozbawieniem.- To on bywa najmądrzejszy i umie się pohamować. I was. To też jego forma animagiczna.
-Taaa, niech będzie Serwal.

Tak powstały słynne przezwiska, które po kilku tygodniach znała cała akademia. Harry- Czarny, Joy- Serwal, a Mike- Jock. Wszystkim się podobały, a chłopaki bardzo szybko je zaakceptowali. Dni upływały na nauce, kawałach i przyjaźni przez długi czas.
***
Wróciłam. Rozdział miał być lepszy niż jest, ale chyba nie jest najgorszy. Następny pojawi się 13 lipca.